Złoto - bezużyteczny przedmiot nieustającej krytyki - Felieton Tomasza Tarczyńskiego - Parkiet

Artykuły
02.07.2019

Przypominamy artykuł sprzed czterech lat, ponieważ nic nie stracił ze swojej aktualności.

 

Data 27/07/2015

Złoto: bryła metalu, która nie przynosi cash flow i zysków. W bardzo praktycznym znaczeniu nie ma żadnej wartości. Jeżeli ją kupujesz, nie dostajesz dywidendy, odsetek ani stopniowej akumulacji wartości. Trudno zaprzeczyć. Złoto w dłuższej perspektywie przynosiło niższy zwrot niż np. zdywersyfikowany portfel akcji.

 

Przez kilka tysięcy lat trwania "bańki" na złocie jest ono po prostu prawdziwym pieniądzem.

Zgodnie z często spotykaną opinią złoto powinno chronić nasze aktywa w czasie niespodziewanych zawirowań politycznych i ekonomicznych, działając jako tzw. safe haven. Jak pokazują notowania kruszcu w czasie kryzysu greckiego, niespecjalnie się to sprawdza. Niedawno Jason Goepfert z sentimentrader.com przeprowadził analizę zachowania cen złota w ciągu ostatnich 40 lat. Na 31 przypadków "kryzysów" ceny złota wzrosły w 19, w 12 spadły, a mediana zmiany wyniosła minus 0,2 proc.

Złoto jest w jasno zdefiniowanym trendzie spadkowym od września 2011 r. pomimo rekordowej ekspansji monetarnej prowadzonej przez banki centralne na całym świecie. Spółki złotowe w relacji do surowca są na najniższym poziomie po wojnie i jednym z najniższych w historii. Dodatkowo prominentne postaci świata finansów, np. Warren Buffett czy Nouriel Roubini (profesor nazywany w polskiej prasie jedynym ekonomistą, który przewidział kryzys – sic!), szydzą z pomysłu, że można inwestować w złoto.

Z kruszcem wiążą się często emocje, których – przynajmniej teoretycznie – przy inwestycjach powinno się unikać. Podczas moich spotkań na prezentacjach z inwestorami żadne inne aktywa nie były tak często określane bańką, jak złoto.

Podsumowując: złoto jest sztabką bez cash flow, nie sprawdza się jako safe haven, a do tego w ostatnim czasie tylko spada jego wartość. Poza tym Warren Buffett go nie lubi, a to już sytuacja najgorsza z możliwych.

Może jednak ekspozycja w portfelu na kruszec ma sens? Spróbujmy zmierzyć się z problemami od końca, czyli od "wyroczni z Omaha". Na podstawie poczynań guru inwestowania fundamentalnego w spółki (mojego idola również – w tym konkretnie zakresie) – coraz bardziej wydaje się, że na starość dotyka go syndrom sporej części ludzi, którzy mają baaardzo dużo pieniędzy – a mianowicie staje się socjalistą. Zdaje się, że taka przypadłość dopadła też np. Billa Gatesa. U socjalistów pewne jest to, że pragną naszego dobra nawet bardziej niż my sami. Oraz to, że nie cierpią złota, ponieważ jest ono narzędziem chronienia wolności, zwłaszcza wobec opresyjnych rządów. Gdyby jednak podejrzenia o przechył w lewo były na wyrost i trzeba byłoby użyć innego autorytetu, to warto zestawić poglądy Buffetta z przemyśleniami Raya Dalio, który zarządza największym funduszem hedgingowym na świecie o aktywach około 170 mld dolarów. I w przeciwieństwie do Buffetta operuje na znacznie szerszym spektrum instrumentów finansowych. Dalio stwierdził krótko: "Jeżeli nie posiadasz złota, nie znasz ani historii, ani ekonomii".

Na trendy cen złota można spojrzeć z drugiej strony. Cena kruszcu jest stała, wahają się kursy papierowych walut, w których jest wyrażona. O ile cena złota w dolarach bije kolejne rekordy słabości, o tyle spojrzenie na kurs wyrażony we wszystkich innych walutach daje szerszy obraz sytuacji. Niezależnie od tego, czy jest to euro, jen, dolar australijski czy kanadyjski, kurs złota w tych walutach znajduje się znacznie powyżej dołków, które odnotowano półtora roku–dwa lata temu. Jest to oczywiście kwestia dyskusyjna, ale optymiści mogliby powiedzieć, że złoto w walutach innych niż dolar jest od dłuższego czasu w hossie.

Jedyną z głównych walut poza dolarem, gdzie cena metalu znajduje się w pobliżu wieloletniego dołka, jest funt brytyjski. W Polsce sytuacja jest taka sama jak na większości rynków – minimum cenowe zanotowano półtora roku temu i było ono ponad 15 proc. poniżej kursu obecnego. Spróbujmy powiedzieć Rosjanom, że cena złota spada, a nie będą wiedzieli, o co chodzi. O ile bowiem złoto wyrażone w dolarze niekoniecznie dobrze się sprawdza w czasie tzw. kryzysów, o tyle na lokalnych rynkach w przypadku deprecjacji walut zdaje egzamin znakomicie.

Kontynuacja wypowiedzi Dylana Grice’a, cytowanego na początku tekstu, byłego analityka Societe Generale, brzmi: "Brak przyrostu wartości złota jest jak premia ubezpieczeniowa płacona za polisę płatną w przypadku ekstremalnego wydarzenia inflacyjnego. [...] Jeżeli spojrzysz wstecz na kryzysy inflacyjne – od starożytnego Rzymu, przez Chiny dynastii Ming, do rewolucyjnej Francji, Ameryki czy Republiki Weimarskiej – stwierdzisz, że niekontrolowane inflacje są spowodowane przez za bardzo zadłużone rządy, które uciekały się do drukowania pieniądza jako najłatwiejszej ucieczki od bankructwa. (Brzmi znajomo, prawda? – TT) [...] Jest to jedyna polisa ubezpieczeniowa, która zostanie wypłacona, kiedy naprawdę będziesz tego potrzebował." Ten sam analityk skrócił powyższy wywód do jednego zdania: "Złoto to polisa od idiotyzmu polityków".

Pomijając deprecjację lokalnej waluty i ekstremalne zdarzenia inflacyjne (choć kruszec paradoksalnie radzi sobie też dobrze przy mocnej deflacji, problemy ma przy niewielkiej inflacji i dezinflacji), złoto jest także doskonałym dywersyfikatorem portfela. Z wszystkich głównych aktywów, które możemy posiadać w portfelu, jest najmniej skorelowane z pozostałymi, więc doskonale zmniejsza nam jego ryzyko.

A to, że jest bezużyteczną bryłą metalu? Nie bardziej bezużyteczną niż papierowy świstek określany przez nas banknotem. Przez kilka tysięcy lat trwania „bańki” na złocie jest ono po prostu prawdziwym pieniądzem. I w przeciwieństwie do tych papierowych nie posiada ryzyka kontrahenta, ponieważ nie stanowi długu banku centralnego wobec nas.

Pozostają pytania – ile złota powinno być w portfelu i czy teraz jest dobry moment, by zwiększać na niego ekspozycję. Ale to już materiał na inne rozważania.

Ocena artykułu: 
Średnia ocena: 4.8 /5 (5 gł.)